Robert Kiłdanowicz jest wychowankiem Stomilu Olsztyn. Ma za sobą bogatą piłkarską przeszłość. – W wieku trzydziestu lat skończyłem karierę. Nie mogę patrzyć na to, co się dzieje w piłce – tłumaczy powody swojej decyzji.
- Podobno skończył pan karierę. Ma pan dopiero 30 lat, nie za wcześnie na taką decyzję?
- Zacznę od tego, że jest mi autentycznie żal, ale jednocześnie przyznaję otwarcie: podjąłem męską decyzję, bo jestem zdeterminowany.
– Cóż takiego się panu przytrafiło?
- W ostatnich kilku miesiącach miałem kilka propozycji z klubów pierwszej, drugiej i trzeciej ligi. Ale ze względów osobistych chciałem zakończyć karierę w Stomilu, którego jestem wychowankiem. Okazało się, że nie jestem w nim potrzebny. Jeden z pracujących w klubie ludzi sugerował mi, żebym ,się mocniej postarał” i udowodnił trenerom, że należy mi się miejsce w zespole. Pytam: co i komu muszę udowadniać, skoro na przykład Darek Marciniak podpisał intratny kontrakt z klubem, zanim wyszedł na pierwszy trening.
- Marciniaka już w Stomilu nie ma…
- Jest natomiast jeszcze paru innych piłkarzy, sprowadzonych do klubu na tej samej zasadzie. Publiczną tajemnicą jest to, że kilku piłkarzy znalazło się w Stomilu dzięki tak zwanym znakomitym koneksjom trenera Mieczysław Broniszewskiego i ówczesnego wiceprezesa, a dziś członka zarządu klubu Henryka Sitka. Chciałbym zadać tylko jedno pytanie: skoro są tak dobrymi piłkarzami, dlaczego nie znaleźli miejsca u Broniszewskiego w Górniku?
- Przemawia przez pana gorycz… Ktoś może powiedzieć, że nie nazywa się pan Ronaldo i wielkiej kariery pan nie zrobił.
- Nikt i nigdzie przez lata mojej gry w piłkę nie powiedział mi, że jestem słabym piłkarzem. Wielokrotnie natomiast mówiono mi, że jestem niewygodny. Przylgnęła do mnie taka etykieta, bo parę lat temu jako jeden z pierwszych piłkarzy w Polsce podjąłem walkę z pobieraniem przez trenerów i działaczy haraczy za grę. To zjawisko występuje w Polsce również pod nazwą ,promocja”. ,Musisz nam coś odpalić za promocję” – takie zdanie często może usłyszeć piłkarz.
- Mówić można bardzo dużo…
- Wnikliwi mogą sobie posprawdzać pewne fakty. Dla ułatwienia podaję czas i miejsce – Konin, luty 1998, trener Janusz Białek, menedżer Edward Socha.
- Co to ma wspólnego z Olsztynem?
- Każdy znający się na piłce kibic, a takich w Olsztynie nie brakuje, powiąże ze sobą pewne fakty. Spojrzy na jeden mecz, drugi, a potem trzeci. I Wszystko będzie wiedział. Ja przyznaję otwarcie, że również w Olsztynie miałem propozycję gry w zamian za kasę. Zrezygnowałem, ale szlag mnie trafia, gdy widzę, że do Olszytna sprowadza się słabych piłkarzy, którzy zabierają miejsce i odbierają możliwość rozwoju olsztyńskiej młodzieży. Powód jest prosty: z młodzieżą trudniej się dogadać i wytłumaczyć, że trzeba płacić za promocję. A nuż chlapnęliby coś redaktorowi?
- Ale ci słabi, jak pan mówi, piłkarze, zdobyli już jesienią 15 punktów w I lidze!
- Bo na szczęście sprowadzono też kilku klasowych zawodników: Andrzeja Krzyształowicza, Tomasza Lenarta, może jeszcze jednego. I takie ruchy rozumiem, bo wymienieni przeze mnie są lepsi od tych, co już byli na miejscu. Ale słyszę, że niektórzy z tych co tu trafili są oburzeni, gdy przyjdzie im grać drugim zespole.
- Nie mogą wyrażać swojego zdania?
- Proszę pana, opowiem panu historię z czasu mojej gry w III-ligowym niemieckim Babelsbergu Poczdam. Grałem w tym klubie już drugi rok, miałem dobrą serię. W czterech kolejnych meczach strzeliłem cztery bramki, w piątym zanotowałem asystę i złapałem kontuzję. Leczyłem się dwa tygodnie, wracam do drużyny, rozmawiam z trenerem. ,No co, jesteś? Wszystko w porządku” W porządku. ,W niedzielę drugi zespół ma mecz, zagrasz na lewej pomocy”. Zagrałem, strzeliłem bramkę, miałem asystę. I wróciłem do pierwszego zespołu. Na ławkę. A w Stomilu? Tu nie ma rządów silnej ręki, nie prowadzi się racjonalnej polityki.
- Co pan teraz robi i co chce robić w przyszłości?
- Pracuję z dziećmi w Warmii Olsztyn. Właśnie tu, bo tu mnie chcą. Studiuję zaocznie prawo na Uniwersytecie Mikołaja Kopernika w Toruniu. Jestem przekonany, że w przyszłości trafię do Stomilu, już nie do szatni, ale do gabinetów. Po to wybrałem takie studia.
Autor artykułu: Zbigniew Szymula