Archive for October, 2000

Robert Kiłdanowicz: Magiczne słowo ,promocja”

Monday, October 30th, 2000

Robert Kiłdanowicz jest wychowankiem Stomilu Olsztyn. Ma za sobą bogatą piłkarską przeszłość. – W wieku trzydziestu lat skończyłem karierę. Nie mogę patrzyć na to, co się dzieje w piłce – tłumaczy powody swojej decyzji.

- Podobno skończył pan karierę. Ma pan dopiero 30 lat, nie za wcześnie na taką decyzję?
- Zacznę od tego, że jest mi autentycznie żal, ale jednocześnie przyznaję otwarcie: podjąłem męską decyzję, bo jestem zdeterminowany.

– Cóż takiego się panu przytrafiło?
- W ostatnich kilku miesiącach miałem kilka propozycji z klubów pierwszej, drugiej i trzeciej ligi. Ale ze względów osobistych chciałem zakończyć karierę w Stomilu, którego jestem wychowankiem. Okazało się, że nie jestem w nim potrzebny. Jeden z pracujących w klubie ludzi sugerował mi, żebym ,się mocniej postarał” i udowodnił trenerom, że należy mi się miejsce w zespole. Pytam: co i komu muszę udowadniać, skoro na przykład Darek Marciniak podpisał intratny kontrakt z klubem, zanim wyszedł na pierwszy trening.

- Marciniaka już w Stomilu nie ma…
- Jest natomiast jeszcze paru innych piłkarzy, sprowadzonych do klubu na tej samej zasadzie. Publiczną tajemnicą jest to, że kilku piłkarzy znalazło się w Stomilu dzięki tak zwanym znakomitym koneksjom trenera Mieczysław Broniszewskiego i ówczesnego wiceprezesa, a dziś członka zarządu klubu Henryka Sitka. Chciałbym zadać tylko jedno pytanie: skoro są tak dobrymi piłkarzami, dlaczego nie znaleźli miejsca u Broniszewskiego w Górniku?

- Przemawia przez pana gorycz… Ktoś może powiedzieć, że nie nazywa się pan Ronaldo i wielkiej kariery pan nie zrobił.
- Nikt i nigdzie przez lata mojej gry w piłkę nie powiedział mi, że jestem słabym piłkarzem. Wielokrotnie natomiast mówiono mi, że jestem niewygodny. Przylgnęła do mnie taka etykieta, bo parę lat temu jako jeden z pierwszych piłkarzy w Polsce podjąłem walkę z pobieraniem przez trenerów i działaczy haraczy za grę. To zjawisko występuje w Polsce również pod nazwą ,promocja”. ,Musisz nam coś odpalić za promocję” – takie zdanie często może usłyszeć piłkarz.

- Mówić można bardzo dużo…
- Wnikliwi mogą sobie posprawdzać pewne fakty. Dla ułatwienia podaję czas i miejsce – Konin, luty 1998, trener Janusz Białek, menedżer Edward Socha.

- Co to ma wspólnego z Olsztynem?
- Każdy znający się na piłce kibic, a takich w Olsztynie nie brakuje, powiąże ze sobą pewne fakty. Spojrzy na jeden mecz, drugi, a potem trzeci. I Wszystko będzie wiedział. Ja przyznaję otwarcie, że również w Olsztynie miałem propozycję gry w zamian za kasę. Zrezygnowałem, ale szlag mnie trafia, gdy widzę, że do Olszytna sprowadza się słabych piłkarzy, którzy zabierają miejsce i odbierają możliwość rozwoju olsztyńskiej młodzieży. Powód jest prosty: z młodzieżą trudniej się dogadać i wytłumaczyć, że trzeba płacić za promocję. A nuż chlapnęliby coś redaktorowi?

- Ale ci słabi, jak pan mówi, piłkarze, zdobyli już jesienią 15 punktów w I lidze!
- Bo na szczęście sprowadzono też kilku klasowych zawodników: Andrzeja Krzyształowicza, Tomasza Lenarta, może jeszcze jednego. I takie ruchy rozumiem, bo wymienieni przeze mnie są lepsi od tych, co już byli na miejscu. Ale słyszę, że niektórzy z tych co tu trafili są oburzeni, gdy przyjdzie im grać drugim zespole.

- Nie mogą wyrażać swojego zdania?
- Proszę pana, opowiem panu historię z czasu mojej gry w III-ligowym niemieckim Babelsbergu Poczdam. Grałem w tym klubie już drugi rok, miałem dobrą serię. W czterech kolejnych meczach strzeliłem cztery bramki, w piątym zanotowałem asystę i złapałem kontuzję. Leczyłem się dwa tygodnie, wracam do drużyny, rozmawiam z trenerem. ,No co, jesteś? Wszystko w porządku” W porządku. ,W niedzielę drugi zespół ma mecz, zagrasz na lewej pomocy”. Zagrałem, strzeliłem bramkę, miałem asystę. I wróciłem do pierwszego zespołu. Na ławkę. A w Stomilu? Tu nie ma rządów silnej ręki, nie prowadzi się racjonalnej polityki.

- Co pan teraz robi i co chce robić w przyszłości?
- Pracuję z dziećmi w Warmii Olsztyn. Właśnie tu, bo tu mnie chcą. Studiuję zaocznie prawo na Uniwersytecie Mikołaja Kopernika w Toruniu. Jestem przekonany, że w przyszłości trafię do Stomilu, już nie do szatni, ale do gabinetów. Po to wybrałem takie studia.

Autor artykułu: Zbigniew Szymula

Pięć rogów karny

Monday, October 30th, 2000

Pierwszy rozegrany w Olsztynie mecz, w którym Stomil był prowadzony przez Józefa Łobockiego, miał pokazać – o ile dobrze wcześniej zrozumiałem – coś w rodzaju nowego oblicza zespołu. Nie pokazał, bo było to po prostu niemożliwe.

Przy najlepszych nawet chęciach krawiec nie uszyje bowiem dwóch garniturów, jeśli ma materiał na garnitur jeden. I tylko jeden. W pierwszej części sezonu trener Paweł Dawidczyński zdobył 13 ligowych punktów, dysponując zawodnikami nie takimi, jakich chciał mieć, tylko jacy mu się (po części przypadkiem, po części nie – patrz: Wtorek z piłkarzem) trafili. Te 13 punktów to była wielka sprawa, to było – na zdrowy rozum – dużo za dużo, gdy przypomnieć, w jak koszmarnych warunkach szkoleniowcy Stomilu przygotowywali piłkarzy do sezonu.

Wiara w to, że w momencie zastąpienia Dawidczyńskiego Łobockim cokolwiek gwałtownie zmieni się na lepsze, była moim zdaniem wiarą naiwną. Łobocki ma do dyspozycji tych samych ludzi, których miał Dawidczyński (właściwie jest z tym jeszcze gorzej, bo pojawiły się kontuzje). Czemuż więc nagle ci sami ludzie mieliby grać lepiej w piłkę? Na skutek słownych sugestii nowego trenera? To niemożliwe, bo od samego mieszania herbata słodsza się nie zrobi.

Tak czy owak, jeśli Józef Łobocki ma pokazać, co potrafi, musi mieć na to więcej czasu, musi np. spokojnie przygotować zespół do rundy wiosennej. I wiosna to jest najwcześniejszy termin jego ewentualnego rozliczania.

Poziom meczu Stomil – Dyskobolia był tak mizerny, a sytuacji bramkowych tak niewiele, że na trybunach pojawiły się sugestie, by piłkarze grali według zasad podwórkowych: trzy rogi karny. No, powiedzmy – ze względu na rangę ekstraklasy – pięć rogów karny. Może wtedy zobaczylibyśmy jakieś gole.

W skali ogólnopolskiej pocieszający jest fakt, że kilka ligowych meczów było naprawdę niezłych. Najbardziej chyba cieszy to, że drużyny tworzce czołówkę rzadko schodzą poniżej przyzwoitego poziomu. Dotyczy to głównie Wisły i Legii (w mniejszym stopniu Pogoni). I ja akurat się cieszę, że mamy parę zespołów grających naprawdę przyzwoitą piłkę, niż kilkanaście równających poziomem w dół.

Swoją drogą warto zauważyć, że – wbrew powszechnym niedawno plotkom – Franciszek Smuda ma jednak zamiar udowodnić w Legii, że zna się na trenerskiej pracy. I że wcale nie ma zamiaru wracać lada dzień (tydzień) do Widzewa. O tym trenerze, który przed nominacją Jerzego Engela na stanowisko selekcjonera kadry był ulubieńcem kibiców, zrobiło się ostatnio cicho. A raczej – atmosfera wokół Smudy stała się nieciekawa. Nie sądzę jednak, by Franciszek S. miał zamiar się bez walki poddać krytyce tych, którzy jeszcze nie tak dawno wychwalalai go pod niebiosa.

Autor artykułu: Paweł Jarząbek

Ślisko, ciasno, ale zwycięsko

Sunday, October 29th, 2000

Koszykarki Łączności Olsztyn odniosły czwarte kolejne zwycięstwo w I lidze, tym razem w Poznaniu. Olimpia Poznań – Łączność Olsztyn 75:82 (20:25, 13:12, 19:28, 23:17)

Łączność: Oziembłowska 16, Gulak 8, Trafimowa 18, Szyćko 31, Flaga 2 oraz Kurkowska 5, Kuraś 2, Kurzątkowska, Kalinowska.

Dla Olimpii najwięcej – Jabłońska i Mielrzyńska po 18, Kusz 17.

Sala poznańskiej Olimpii nie jest lubiana przez zespoły przyjezdne: mała, dość niska, wąska, a co najgorsze – o śliskim parkiecie. Gospodynie czują się w niej jak ryba w wodzie, zespoły gości fatalnie. Te nietypowe warunki nie sprzyjały również olsztyniankom. Mimo to od początku do końca prowadziły.

W pierwszej i drugiej kwarcie trwała jednak nieustąpliwa walka o każdy punkt, a przewaga Łączności była nieznaczna. Najlepsza w wydaniu przyjezdnych była trzecia część meczu. Koszykarki z Olsztyna kryły wtedy bardzo agresywnie i nie dopuszczały do oddawania rzutów przez rywalki, często kontraatakując. Trafiały też z półdystansu i dystansu (w całym spotkaniu osiem rzutów za 3 pkt., w tym pięć Anny Szyćko). W 23 min drużyna gości uzyskała najwyższą przewagę – 17 pkt.

W ostatniej kwarcie gospodynie ruszyły do desperackiego odrabiania strat. Możliwość dojścia rywalek upatrywały głównie w rzutach zza linii 6,25 m (trzy trafienia). Podopieczne trenerów Anatoliego Bujalskiego i Tomasza Sztąberskiego kontrolowały jednak do końca przebieg gry.

- To było jedno z najlepszych spotkań naszego zespołu – przyznał Zbigniew Chechłowski, kierownik drużyny. – Dziewczyny dobrze broniły, zbierały, celnie rzucały i to z każdej pozycji.

Autor artykułu: lech

W poszukiwaniu kropki nad i

Sunday, October 29th, 2000

Mimo ambitnej postawy i momentami całkiem niezłej gry siatkarze olsztyńskiego Indykpolu AZS UWM przegrali kolejny ligowy mecz. Tym razem w Radomiu z Warką Czarnymi.

Warka Czarni Radom – Indykpol AZS UWM Olsztyn 3:1 (-18, 19, 27, 19)

Czarni: Bednaruk, Kocik, Staniec, Prygiel, Gabrych, Stancelewski, Woronin (libero) oraz Nowik.

Indykpol: Dobrowolski, Poskrobko, Wiśniewski, Śmigiel, Szczurowski, Kadziewicz, Fiedorow (l) oraz Urbanowicz, Kowalczyk, Grzyb, Siezieniewski.

Sędziowali: Kaznowski, Żelazny (Warszawa); widzów: 800.

Trzecia porażka z rzędu zepchnęła zespół trenera Stanisława Iwaniaka na przedostatnie miejsce w tabeli Serii A. Kto wie, jakim wynikiem zakończyłby się jednak sobotni mecz w Radomiu, gdyby olsztynianie wygrali dramatyczną końcówkę trzeciego seta. Po raz kolejny w tym sezonie Indykpol nie potrafił jednak postawić kropki nad i.

Do stanu 13:13 pierwszego seta żadnej z drużyn nie udało się uzyskać większej przewagi. Trzy doskonałe akcje w ataku Poskrobki sprawiły, że zrobiło się 13:16 i od tego momentu AZS kontrolował już sytuację. Świetnie w tym okresie gry spisywał się olsztyński blok. Po pojedynczym bloku Wiśniewskiego na Gabrychu było już 20:14 dla olsztynian, a Kadziewicz i Dobrowolski powstrzymując Kocika doprowadzili do wyniku 23:15. Zespół trenera Iwaniaka nie wypuścił już szansy z rąk.

W drugiej partii początkowo trwała wyrównana walka, ale od stanu 8:7 do głosu zaczęli dochodzić radomianie. Zdobywali zresztą punkty głównie po błędach gości, którzy mylili się zwłaszcza przy zagrywkach i w odbiorze serwów. Pod koniec seta trener Iwaniak wprowadził pod siatkę Grzyba i Kowalczyka, ale na niewiele to się zdało.

Najbardziej dramatyczny był trzeci set. Co prawda po bloku Dobrowolskiego i Kadziewicza na Kociku Indykpol prowadził 15:12, ale następne trzy punkty zdobyli Czarni, doprowadzając do kolejnego w tej partii remisu. Zepsuty serwis Wiśniewskiego przy stanie 23:23 sprawił, że gospodarze objęli prowadzenie, którego nie oddali już do końca seta. Po udanych akcjach najlepszego w Indykpolu Kadziewicza oraz Śmigiela i Wiśniewskiego olsztynianie przedłużali jeszcze swoje nadzieje, ale sprawę zakończył potrójny blok Bednaruka, Gabrycha i Stancelewskiego na Poskrobce.

W czwartej partii do stanu 19:19 trwała walka punkt za punkt. Kiedy wydawało się, że znów o wszystkim zadecyduje końcówka, na podwyższenie radomskiego bloku wszedł do gry rekonwalescent Nowik. Środkowy Czarnych popisał się kilkoma kapitalnymi zagraniami i olsztyński zespół nie zdobył już żadnego punktu.

Po meczu Stanisław Iwaniak mocno skrytykował grę byłego zawodnika Czarnych Śmigiela. Natomiast zdaniem radomskich dziennikarzy, atakujący Indykpolu był najlepszym obok Kadziewicza zawodnikiem zespołu gości.

Autor artykułu: pes

Samotny taniec fortepianowy

Sunday, October 29th, 2000

Gościem filharmonicznych piątkowych spotkań z muzyką była rosyjska pianistka Valentina Igoshina. Spodziewającym się spotkać najpierw Radosława Sobczaka sprawiła miłą niespodziankę. Wykonała Koncert fortepianowy f-moll op. 21 Fryderyka Chopina, jaki przygotowała stając w szranki warszawskiego Konkursu Chopinowskiego. Dotarła – podobnie jak Radek Sobczak – do III etapu. W Olsztynie zaprezentowała swoją wizję interpretacjyną Koncertu f-moll.

Podziwiałem ją podczas poszczególnych etapów konkursu, z uwagą śledziłem jej olsztyński popis. To dobra szkoła rosyjskiej pianistyki. Zadziwiająco precyzyjne i czytelne rysowanie tematów prawej i lewej ręki, śmiałość w panowaniu nad całością kompozycji. A jednak w II części (Larghetto) przyjęta przez pianistkę zbytnia wylewność, jakby recytatorska, zawiodła ją w pułapkę. Musiała pozostać w takim nastroju do końca tego fragmentu.

W części III, podobnie jak w zagranym na bis Mazurku Valentina Igoshina dała się porwać swemu rytmowi tańca, lecz był on za bardzo wymyślny, raczej popisowy, za mało autentyczny. Myślę, że gdyby dyrygent z orkiestrą podążali za myślą pianistki, nie byłaby tak osamotniona w swych interpretacyjnych myślach. Orkiestrze nie udało się zdobyć na czystość brzmienia, co zwiększyło dystans dzielący ją od solistki. Nazwisko Valentina Igoshina warte jest zapamiętania, by móc śledzić jej dalsze artystyczne losy.

Autor artykułu: Krzysztof Panasik

Charytatywnie w rytmie folk

Sunday, October 29th, 2000

Około 27 tysięcy złotych zebrano ze sprzedaży biletów i z aukcji przeprowadzonej podczas piątkowej charytatywnej biesiady folkowej w Wojewódzkim Ośrodku Kultury. Takiej biesiady jeszcze w Elblągu nie było. Przy występach Grupy Śpiewaczej Białostockiego Teatru Lalek, zespołu Constans Music Group z Gdańska oraz elbląskich zespołów folklorystycznych, bawiono się do białego rana.

Koszty honorariów dla artystów i tego, co znajdowało się na stołach, pokryli sponsorzy. Cały dochód z imprezy przekazany zostanie na fundusz stypendialny dla dzieci i młodzieży z terenów wiejskich województwa warmińsko-mazurskiego.

Organizatorem biesiady był elbląski Lions Club Truso, zaś współorganizatorami WOK i Klub Rotary w Elblągu. Honorowy patronat nad imprezą objął Andrzej Ryński, marszałek naszego województwa.
Licytował Krzysztof Tyniec.

Muzyczno-taneczną biesiadę w rytmie folk poprowadził, znakomity jak zawsze, Krzysztof Tyniec. To dzięki jego sile przekonywania z samej tylko aukcji, podczas której można było zakupić prace młodych artystów z sekcji plastycznych WOK, dzieła twórców ludowych i gadżety Gazety Olsztyńskiej, zebrano 12 tysięcy zł.

Na biesiadzie bawili się mieszkańcy całego województwa. Jak powiedziała Irena Petryna, wicemarszałek województwa warmińsko-mazurskiego, która podsunęła pomysł zorganizowania imprezy na tak szczytny cel, już w połowie listopada dowiemy się, które dzieci otrzymały stypendia za zebrane pieniądze.

Autor artykułu: Jarosław Grabarczyk

Taneczna stolica Europy

Sunday, October 29th, 2000

Przez pierwszy weekend listopada Elbląg będzie europejską stolicą sportowego tańca towarzyskiego. W Mistrzostwach Polski Amatorów w Tańcach Standardowych i Międzynarodowym Festiwalu Tańca Baltic Cup weźmie udział około 700 par z całej Europy. Festiwal jest kontynuacją organizowanych przez WOK Europejskich Spotkań Tanecznych Pomosty.

Zdaniem dyrekcji Wojewódzkiego Ośrodka Kultury w Elblągu prawo organizacji kolejnego, po mistrzostwach świata formacji tanecznych, międzynarodowego turnieju International Dance Sport Federation (IDSF) przyznał ośrodkowi w uznaniu jego zasług dla rozwoju światowego ruchu tanecznego.

W najbliższy piątek w hali MOS przy ul. Kościuszki tancerze rywalizować będą o tytuł mistrzów Polski amatorów w stylu standard. W sobotę i w niedzielę rozegrane zostaną m.in. turnieje rankingowe IDSF. Nie zabraknie też pokazów w wykonaniu par zawodowych i formacji. Wystąpią m.in.: 17-krotni mistrzowie świata Marcus i Karen Hiltonowie, jak również wielokrotni mistrzowie Polski – Lech i Anna Romankiewiczowie oraz Wojciech i Barbara Przemienieccy.

Autor artykułu: Jarosław Grabarczy

Z ziemi afgańskiej do Polski

Sunday, October 29th, 2000

Pogranicznicy z Kętrzyna i Białegostoku zlikwidowali kanał przerzutu obcokrajowców do Polski i prawdopodobnie dalej na Zachód. Akcja przeciwko organizatorom przerzutu była przygotowywana od bardzo dawna. Specjalna brygada podraniczników w piątek wieczorem weszła do jednego z domów w Suwałkach. Znaleziono w nim 12 obywateli Afganistanu – 3 mężczyzn, 2 kobiety i 9 dzieci do 12 lat.

Zatrzymano również właściciela posesji i obywatela Litwy. Pogranicznicy i policja poszukują jeszcze kilku innych osób, które organizowały przerzut uchodźców z Dalekiego Wschodu przez Litwę do Polski i dalej do Europy Zachodniej.

Zdaniem majora Francisza Jarońskiego, rzecznika prasowego Warmińsko-Mazurskiego Odziału Straży Granicznej piątkowa akcja doprowadziła do rozbicia jednej z największych szajek zajmujących się przerzutem nielegalnych emigrantów. Pogranicznicy przeszukali również kilka gospodarstw w okolicach Suwałk, gdzie ukrywani byli imigranci. W jednym z nich znaleziono 66 tysięcy niemieckich marek.

Zatrzymani w Suwałkach Afgańczycy twierdzą, że chcą zostać w Polsce. Za pośrednictwem Straży Granicznej złożyli wnioski o nadanie im statusu uchodźców. Twierdzą, że u siebie w kraju byli prześladowani przez reżim Talibów.

Straż Graniczna ustala, w którym punkcie granicy polsko-litewskiej Afgańczycy dostali się do Polski. Szmuglerzy za przerzucenie jednego nielegalnego uchodźcy biorą po 6 do 8 tysięcy dolarów.

Autor artykułu: Cezary Stankiewicz, eska

Nigdy nie traćcie nadziei

Friday, October 27th, 2000

Kinga, która ma obecnie trzy miesiące, urodziła się jako bezdomna. Jej rodzice mają nadzieję, że przynajmniej ona będzie miała w przyszłości własne mieszkanie. Dom Odzyskanych dla Życia w Marwałdzie koło Ostródy, powołany z inicjatywy Marka Kotańskiego, będzie obchodził 7 listopada skromny jubileusz 3-lecia działalności. Powstał na bazie rozwiązanego Ośrodka Szkolenia Leśniczych, po czym natychmiast zaczął się zapełniać lokatorami.

Pod wodzą kierownika Andrzeja Milasza 12 pierwszych mieszkańców przyszykowało lokum dla innych. Przez te 3 lata, z pomocą sponsorów, bezdomni włożyli tu mnóstwo pracy. Dzisiaj szykują oborę dla krów i pięć kolejnych pokojów na strychu. Wśród 126 mieszkających tutaj osób jest kilka rodzin, w tym samotne kobiety z dziećmi i małżeństwa. Kilka miesięcy temu przyjęto nowych lokatorów: Anetę i Jacka Sabatowiczów z córką Sandrą. Niedługo potem urodziła się im Kinga.

- Chcemy opowiedzieć o sobie, podziękować dobrym ludziom i wlać w duszę tych, którzy nie mają własnego domu, odrobinę nadziei. Bo zawsze można życie rozpocząć od nowa – mówią Aneta i Jacek.

Są małżeństwem od 10 lat. Mieli kiedyś własny dom w Mysłowicach na Dolnym Śląsku. Leżał opodal niedużej rzeki, zazwyczaj leniwie płynącej przez miasteczko. Od czasu do czasu, kiedy przychodziły długotrwałe opady, rzeczka zmieniała się w groźny żywioł i wylewała. Za ich pamięci zdarzało się to kilkakrotnie.

Za każdym razem jednak ludzie zdołali otrząsnąć się z powstałych szkód i życie toczyło się dalej. Jednak latem 1997 roku, w czasie pamiętnej powodzi na Dolnym Śląsku, rzeczka wylała jak nigdy dotąd. Przerwała wały ochronne. Zabrała domy wielu ludziom, na długie lata zrujnowała im życie. Sabatowicze też ucierpieli.

- Chociaż nasz dom został uszkodzony w niewielkim stopniu, ale i to nas przygnębiło. Postanowiliśmy zmienić klimat na bardziej przyjazny – mówi Jacek Sabatowski.

Sprzedali mieszkanie i przenieśli się na Mazury. Inicjatorem przenosin był pan Jacek, który kiedyś jako instruktor harcerstwa, organizował wycieczki i obozy pod Grunwaldem. Kupili zabudowania popegeerowskie w jednej ze wsi powiatu ostródzkiego. Zabrali się z zapałem do remontu budynku, co wymagało sporych nakładów.

W tym czasie jednak Aneta zaszła w ciążę i nie mogła pomagać mężowi. Latem tego roku przyszło załamanie psychiczne i finansowe. Mimo wsparcia ostródzkich joanitów (są bardzo im wdzięczni), postanowili odejść. Przenieśli się do Marwałdu. Społeczność ośrodka przyjęła ich z otwartymi rękami.
- Wielkim świętem dla wszystkich były narodziny Kingi – opowiadają.

- Mieszkanki ośrodka, które dobrze wiedzą, co to znaczy bezdomność i bieda, pospieszyły mi z pomocą. Otrzymałam łóżeczko, zabawki i ciuszki, z których wyrosły ich dzieci – nie kryje łez pani Aneta.

Kierownik dał im osobny pokój z kuchenką. Wstawili tu skromne meble, które im również podarowano. Własnych rzeczy mieli bowiem niewiele, z większych tylko telewizor i wersalkę. Ale Sabatowscy czują się szczęśliwi, że mają gdzie mieszkać, że zapewniono im tę odrobinę intymności. Sandra chodzi do szkoły w Marwałdzie.

- Rozmawiam z kobietami, które się tutaj znalazły. Mój los nie był jeszcze taki najgorszy. Większość z nich przeżyła gehennę. Wyrzucone na ulicę, żony alkoholików albo same zmagające się z problemem alkoholizmu. Tu stanowimy jedną wielką rodzinę – mówi pani Aneta.

Marzy o podjęciu pracy. Jest z zawodu szwaczką. Ale dla szwaczek roboty na razie nie ma. Prędzej znajdzie ją mąż, który zna się na komputerach. Na razie pracuje w stolarni, ale kierownictwo ośrodka szykuje dla niego stanowisko informatyka. W przyszłości może otworzy własną firmę.

Jak większość mieszkańców takich ośrodków, Aneta i Jacek traktują swoją sytuację jako stan przejściowy. Marzą o własnym domu.

- Trzeba mieć zawsze nadzieję. Może Kinga tego doczeka. Jest tutaj pewna rodzina, który wkrótce się usamodzielni. Otrzymali na wsi dom, który obecnie remontują. Wszyscy cieszą się razem z nimi i trochę zazdroszczą – mówią Aneta i Jacek, szykując córeczkę do snu.

Autor artykułu: Władysław Katarzyński

Elegancko, w dobrej cenie

Friday, October 27th, 2000

Od wczoraj mieszkańcy Olsztyna i okolic robią zakupy w nowym Warmińskim Centrum Handlowym E. Leclerc. W dniu inauguracji w czwartek, 26 października, oraz w pierwszym dniu sprzedaży, następnego dnia, hipermarket z trudem mieścił przybyłych. Pracowały też prawie wszystkie z 25 butików. Zakupom towarzyszyły występy gwiazd.

Leclerc zaskoczył przybyłych nie tylko ogromną powierzchnią handlową (5,5 tys. m kw.), eleganckim obiektem, ale też pięknymi ekspozycjami towarów na regałach i ladach. Całości dopełniły wspaniałe dekoracje. Szczególnie pięknie wyglądało stoisko z owocami i warzywami.

Kuszące okazały się niewygórowane ceny wielu towarów. Kobiety zachwycały kosmetyki, głównie perfumy w kształcie pióra wiecznego i torebki. Mężczyzn kusiły eleganckie wyroby ze skóry i flakony wody kolońskiej przypominające hawańskie cygara. Wszyscy zastanawiali się, czy tak ładne ekspozycje i ceny utrzymają się dłużej.

- Na pewno ceny i elegancja sprzedaży pozostaną na nie zmienionym poziomie – zapewnił Stephane Sourisseau, dyrektor handlowy E. Leclerc. – Taka jest nasza polityka handlowa. Co więcej, będziemy poprawiać jakość świadczonych usług.

Autor artykułu: BN